logo
Przepytywania ciąg dalszy
Za nami rozmów z twórcami dzień drugi, czyli poniedziałkowe Sceny Dantejskie: działo się wiele, mówiło się wiele, wiele także można było usłyszeć.

W Gazeta Cafe przed Witoldem Mrozkiem odpowiadała Monika Strzępka. Pierwsze prowokujące pytanie padło błyskawicznie. Wciąż się mówi o klasie średniej. Ale czy ta klasa średnia chciałaby mieć pomnik o twarzy Jakuba Szeli?. – Pewnie nie – uśmiechnęła się reżyserka. – Ale klasę średnią już się opisuje w Polsce w bardzo wulgarnym i ostrym języku. Prym w tym wiedzie lewica. Poza tym czy chcemy, czy nie chcemy, nasze państwo istnieje dzięki klasie średniej oraz tych, którzy do niej aspirują. A teraz, w dobie kryzysu, to właśnie klasa średnia najbardziej na tym cierpi – ma pozaciągane kredyty, dzieci w dobrych szkołach, nie chce radykalnie obniżać poziomu życia. W sumie dziwi mnie, że Polacy nie wychodzą na ulicę, nie protestują przeciw temu co robi im rząd. Wydaje się, że mają w pogardzie wspólnotę. A Jakub Szela uczy, że tak nie można. Mimo tego, co przekazuje nam historia, to nie był facet, który dostał pewnego dnia pokurwienia mózgu. On był społecznikiem, który przez lata działał na rzecz gromady. Dopiero ostatecznością było szaleństwo rabacji i mordy na szlachcie. Szela jest naszym ludowym bohaterem, którego nie powinniśmy się wstydzić. Podobnymi bohaterami byli Wałęsa, Lepper. Dlatego optuję za teatrem, który mówi o tym, że polski establishment nie wywiązał się z obietnic, które składał. Chcę robić teatr, który jest jak szpila wbijana w wielki, nabrzmiały ropą bąbel. Pewnie dlatego z Demirskim wykorzystaliśmy też w tekście motywy ze Śmierci komiwojażera. W gruncie rzeczy Miller mówi w tej sztuce o tym, że kapitalizm jest wyrodnym ojcem, który pożera nieprzystosowane do życia w świecie, gdzie rządzi konsumpcja, własne dzieci.

Kilka chwil później w Pałacu pod Baranami Witold Mrozek zasiadł ponownie do wspólnej rozmowy z twórcami. Tym razem jego gośćmi byli Justyna Łagowska i Jan Klata, którzy opowiadali o krótkiej, acz intensywnej pracy nad Utworem o matce i ojczyźnie. Klata rozpoczął nietypowo, bo od wyznania, że doświadczenie nauczyło go, by nie zwracać zbytnio uwagi na to, co mówią dyrektorzy teatru. Pewnie dlatego nie interesowała go krążąca o książce Bożeny Keff (na której podstawie powstał dramat Klaty) opinia, zwłaszcza ta, która określała ją mianem ścierwa literackiego. – Wybrałem ten tekst, bo chciałem pracować z dużą ilością kobiet, chciałem zrobić spektakl dla aktorek i z aktorkami. W końcu w historii dramatu nie ma żadnego tekstu dla kobiet. Lady Makbet, Ofelia, Ifigenia to wszystko ważne i piękne, acz tylko dodatki do męskiej opowieści. Zazwyczaj pracuje się z męskim stadem, tym razem wkroczyłem w całkiem egzotyczny świat. Kobiety dostały możliwość mówienia pełnym głosem i we własnym imieniu. Pracując nad tekstem, wszystkie dziewczyny, którymi się otoczyłem obdarzyły mnie swoim zaufaniem i powoli wpuszczały w swoją fascynującą przestrzeń. Wiem już na przykład dzięki temu, że nielubienie się kobiece jest zupełnie inne od męskiego. Reguły, które rządzą tym światem są fascynujące, ale nie chciałbym w nim pozostać. I w sumie cieszę się, że jestem facetem. Tworząc wspólnotę, prawie plemienną, podobną do tej, którą pokazujemy na scenie, opowiadały mi o tym nienawistno-miłosnym spleceniu z matką, którego doświadcza każda kobieta. Dowiedziałem się, że nawet bardzo kochając swoje dziecko, można je z miłością totalnie zmiażdżyć, zniszczyć, zapisać w nim traumę na całe życie. I o tym właśnie chcieliśmy opowiedzieć. Chyba nam się udało, bo teraz aktorki głośno i z dumą mówią, że to jest ich intymny spektakl – tłumaczył reżyser. Łagowska natomiast dodała: – Tekst zrobił na mnie, jako kobiecie, kolosalne wrażenie. W dodatku był na tyle otwarty, że powoli nasączał się intymnością tych, którzy nad nim pracowali. Z obrotowej konstrukcji wyłoniły się w końcu motywy przewodnie: samotności w czterech ścianach oraz plemienności. I tak powstały szafy oraz kostiumy, które podkreślają wojownika w kobiecie.

Jako ostatni na pluszowych kanapach zasiadł Janusz Opryński. W roli moderatora rozmowy wystąpił Łukasz Drewniak. W męskim gronie odbyła się męska rozmowa o męskich sprawach, a właściwie o rosyjskiej literaturze, otchłannych duszach i Braciach Karamazow. – Od zawsze Dostojewski był moją zbójecką lekturą. Razem z przyjaciółmi upijaliśmy się na Dostojewskiego i przy Dostojewskim – zwierzał się Opryński. - W sumie to tęsknię do klimatu knajp, gdzie kłóciliśmy się o Boga, gdzie mieliśmy odwagę to robić. I robiliśmy z pasją. Później stało się moim marzeniem, by zrobić Dostojewskiego w teatrze. Pamiętam pierwszą lekturę Braci Karamazow. Byłem porażony. Czułem ich niemal fizycznie. Na przykład podróż Dimitra do Mokrego. Od tamtej pory Mokre stało się dla mnie figuracją stanu dzikiej, wręcz archetypicznej namiętności, takiej doprowadzonej na skraj szaleństwa i wyczerpania fizycznego. Dostojewski w teatrze ma też sens, gdyż pisał on po prostu piękne dialogi. Bolączką nowoczesnej dramaturgii jest właściwie jego brak. Współcześnie potrafimy pięknie monologować, ale rozmowa nam nie wychodzi. A Dostojewski pisząc otwierał rany, stawiał pytania, niczego nie domykał, nie dookreślał. W jednym człowieku była zarazem wiara i niewiara. Zresztą, kiedy się wczytamy w Braci, to nie wiemy kto tak naprawdę jest zabójcą Starego. Pisarz doskonale to rozmył, kreując figury świętych szaleńców, którzy prowokują. I tego zazdroszczę Rosjanom. Po to też zrobiłem ten spektakl, by jurodiwych obudzić w Polakach. Tak jak Dostojewski, który odkrył człowieka wewnętrznego. W dodatku wydobył na powierzchnię to, że wszyscy działamy z upokorzenia. Uporczywie sugeruje, że to motor działania, że cierpienie jest podstawą naszej wiedzy, a odważne spojrzenie w twarz cierpieniu staje się terapią. Dlatego praca nad tekstem była fascynująca. Głównie za sprawą świata, który stworzył Dostojewski. Jego rzeczywistość jest tak otchłanna, że zagrania, wciąga w mrok, pochłania bez reszty. Ma taką siłę, że czasami trudno się tekstu pozbyć, wyrzucić z siebie, odłożyć na bok i spokojnie pójść do domu.

I tutaj Opryński miał rację. Trudno po Scenach Dantejskich wstać i pójść do domu, gdy w widzu i słuchaczu kłębią się na nowo obudzone emocje.

FOTO
Sceny Dantejskie / spotkanie z Moniką Strzępką / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Moniką Strzępką / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Moniką Strzępką / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Moniką Strzępką / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Janem Klatą i Justyną Łagowską / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Janem Klatą i Justyną Łagowską / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Janem Klatą i Justyną Łagowską / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Janem Klatą i Justyną Łagowską / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Janem Klatą i Justyną Łagowską / fot. Tomasz Wiech
Sceny Dantejskie / spotkanie z Januszem Opryńskim / fot. Grzegorz Ziemiański, www.fotohuta.pl
Sceny Dantejskie / spotkanie z Januszem Opryńskim / fot. Grzegorz Ziemiański, www.fotohuta.pl
Sceny Dantejskie / spotkanie z Januszem Opryńskim / fot. Grzegorz Ziemiański, www.fotohuta.pl
Sceny Dantejskie / spotkanie z Januszem Opryńskim / fot. Grzegorz Ziemiański, www.fotohuta.pl
Powrót
68/215
13 grudnia 2011